Spotkaliśmy się przypadkiem. Jakaś galeria handlowa z kalejdoskopem sklepów, takich samych plastykowych szmat, plastykowej muzyki i ludzi, których czasem trudno odróżnić od manekinów. Szedł, pchając wózek inwalidzki. Ucieszyliśmy się obaj. W szkole się przyjaźniliśmy, nawet jeszcze długo po maturze trafialiśmy jakieś piwo czy coś więcej. Później każdy wsiąkł w swoje sprawy prywatne, osobiste, rodzinne i tylko z rzadka, przy okazji świąt czy klasowych zjazdów… Wiedziałem że się rozwiódł, że miał groźny wypadek ale że prawie bez szwanku…

Przedstawił mi postać na wózku jakimś niezrozumiałym imieniem. Przyjrzałem się uważniej – był poważnie pokiereszowany – zniekształcona twarz, jedno oko, blizny po oparzeniach jakby płonął całą głową i zostały tylko kępki białych włosów. Uścisnąłem delikatnie dłoń o trzech palcach. Uśmiechnął się, a przynajmniej tak odczytałem intencję grymasu zdeformowanej twarzy…

Kolega operował wózkiem z troską i delikatnie. Zastanawiałem się kim jest ten nieszczęśnik, ale na razie był tak zaabsorbowany manewrowaniem wśród tłumu kupujących, że nie indagowałem. Zresztą, nie byłoby to specjalnie taktowne.
Zasiedliśmy w jakiejś kafejce. Chciałem zamówić piwo dla wszystkich, ale powstrzymał mnie gestem.
– Dla mnie kawa. Dla (niezrozumiałe imię) woda. Czysta. –
– Ty co? Prowadzisz? –
– Już nie. I alkoholu też nie piję….-

Jakoś nie kleiła nam się rozmowa. Kolega częściej patrzył na inwalidę niż na mnie, poświęcał mu więcej uwagi niż rozmowie. Nawet jak czasem pociągnął temat to albo gasił go w paru słowach pośpieszną pointą, albo odpowiadał zdawkowo. Sączył kawę. Ja kończyłem trzecie piwo. Kaleka pił wodę przez rurkę. Jakby z trudem. Opuścił szklankę którą z troską wyjął mu z dłoni opiekun. Zamknął jedyne oko….
Kolega patrzył na niego chwilę z czułością, poprawił koc, westchnął.
– … nie miał ze mną łatwego życia.. –
Zamilkł. Ja też milczałem. Wiedziałem że zaraz powie coś ważnego.
– … a ten wypadek… pijany byłem jak świnia, pamiętam tylko obrazki… zgrzyt metalu, ogień i takie tam…. – wzdrygnął się
– … lekarze i wszyscy co tam byli, stwierdzili że nie miałem prawa przeżyć!… To on mnie wyciągnął… –
Obrzucił troskliwym wzrokiem swojego podopiecznego i kontynuował.
– …a później przyszli i mówią że mi go wymienią bo on się już nie nadaje, chcieli go odesłać, bo sobie skrzydła całe spalił i rozpieprzyło go że do niczego już… że nie da rady… to miałem tak pozwolić? W życiu!  Powiedziałem im, że teraz ja będę jego aniołem!… –

Zapadła cisza. Pomyślałem że mój kolega jednak chyba trochę ucierpiał w tym wypadku ale pokiwałem tylko głowa z aprobatą i uznaniem. Dopiłem czwarte piwo i zacząłem się śpieszyć. Pożegnał mnie nieobecnym uśmiechem.
Szukałem przez chwile swojego samochodu na parkingu. Cały czas miałem przed oczami tego kalekę… że niby co?… że to on go wyciągnął?… No cóż, kolega w szpitalu chwilę był, jakieś przebitki ze szpitalnych obrazków, a w głowę też się pewnie puknął… Ale i tak ładnie z jego strony, że się zaopiekował…
Usiłowałem trafić kluczykami do zamka. Spadły na ziemię, jakby uciekały z palców. Spróbowałem jeszcze raz. Znów spadły…. I znowu… Zupełnie jakby mi je ktoś wytrącał.
Wyciągnąłem telefon i zamówiłem taksówkę. Usłyszałem wyraźne westchnienie ulgi za plecami.

Komentarze

comments